Jesteś tutaj:Reportaże Złoty interes na kołach, który wpędził za kraty
środa, 12 lutego 2020 11:14

Złoty interes na kołach, który wpędził za kraty

 

Kto by pomyślał, że tak uznany człowiek, działacz społeczny, pełen smykałki do interesu, może dopuszczać się oszustw? A jednak! Oto historia początków lokalnej, gnieźnieńskiej motoryzacji i głośnego upadku jednej z najbardziej znanych, przedwojennych firm, która swojego czasu podbiła rynek.

Dzieje tego zakładu stanowią dobry przykład tego, jak z momentem odzyskania niepodległości, Polacy wkraczali w nową gospodarczą rzeczywistość. Wiele jest w tej opowieści niedopowiedzeń, wynikających z faktu, że nikt nie zdołał pozbierać historii w całość w odpowiednim czasie, a dziś pozostaje jedynie posiłkować się tym, co można odnaleźć w archiwach i prasie. Wiemy jednak, że wszystko zaczęło się w Gnieźnie w 1919 roku...


Trudne początki

Wówczas to, pochodzący z Pobiedzisk bracia Maksymilian i Klemens Waberscy (nie mylić z Klemensem Waberskim, muzykiem i działaczem kulturalnym oraz patronem MOK), przybyli do Gniezna i tu założyli swoją Fabrykę Powozów i Karoseryj. Po okresie wielkiego światowego konfliktu zbrojnego, którego kurz wciąż opadał nad Europą, podjęcie się interesu związanego z motoryzacją było bardzo ryzykowne. Gospodarka samochodowa w odradzającej się Polsce w zasadzie nie istniała, a cały ruch towarów i ludności opierał się przede wszystkim na kolei i bryczkach lub powózkach. Wiemy iż Maksymilian miał już spore doświadczenie biznesowe, gdyż na swoim koncie miał pracę w banku zbożowym w Starogardzie, a także był dyrektorem handlowym Fabryki Maszyn S. Waberski i Spółka, działającej na warszawskiej Pradze. Przybywając do Gniezna wraz z bratem przejął w 1919 roku zakład Z. Maciejewskiego, działający na samym początku ulicy Witkowskiej, w którym produkowane były powózki i bryczki. 

Zakład był na tyle rentowny, na ile istniało zapotrzebowanie na tego typu środki przewozu w Gnieźnie i okolicy. Podobnych firm działało już kilka, dlatego Waberscy wiedzieli dobrze, że bez większego zamówienia nie da się rozwinąć firmy. Tym bardziej, że Rzeczpospolita prowadziła coraz bardziej zaciekłą wojnę z bolszewicką Rosją, która parła coraz bardziej do Wisły.

Kto wie? Może to właśnie warszawskie kontakty Maksymiliana sprawiły, że już w 1920 roku Waberscy otrzymali zamówienie na wykonanie wozów dla polskiego wojska. Było to - bagatela - 4 tysiące wozów taborowych i 3 tysiące sań! Firma, do tej pory zatrudniająca raczej skromne grono pracowników, rozrosła się w kilka tygodni do zakładu produkcyjnego z aż 300 robotnikami! 

To był złoty interes, ale biznesmeni (choć w ówczesnej Polsce takie słowo nie było powszechnie używane) nie próżnowali i zainwestowali w dalszy rozwój firmy. Po zakończeniu działań wojennych i uregulowaniu spraw związanych z wojskowym przetargiem, zredukowano załogę i przeprofilowano produkcję na budowę luksusowych bryczek i powózek, które zdobywały uznanie w całym kraju.


Warsztaty reparacyjne samochodów Braci Waberskich

 

Złote lata

W czerwcu 1921 roku zarejestrowano Towarzystwo Fabryki Powozów Spółka Bracia Waberscy. Wkrótce Maksymilian i Klemens zainteresowali się pojazdami o mechanicznym napędzie i zdecydowali się na uruchomienie warsztatu naprawy samochodów. Widząc powolne, ale stale rosnące zapotrzebowanie na rynku, w 1926 roku zakupili kamienicę przy ul. Rzeźnickiej 5, a wkrótce po tym także nieruchomość przy ul. Warszawskiej 11. W obu planowali kontynuację swojej działalności na jeszcze szerszą skalę.

 kwietniu 1927 roku Bracia Waberscy zostali oficjalnym przedstawicielem Forda. Dlatego już wkrótce przy ul. Rzeźnickiej 5 uruchomili pierwszy z prawdziwego zdarzenia salon samochodowy, w którym pojazdy tej marki były prezentowane za dużymi, przeszklonymi witrynami. Były tam nie tylko Fordy, ale także Lincolny.

Jednocześnie przy ul. Warszawskiej pojawił się drugi salon Braci Waberskich, w którym oferować zaczęli nie tylko samochody, ale także tradycyjne powózki, traktory, a dodatkowo wybudowali aż 30 garaży! Te ostatnie miały należeć do tych zmotoryzowanych gnieźnian, którzy nie mieli gdzie trzymać swoich wehikułów na własnych posesjach. Tym samym też firma przygotowała się na Powszechną Wystawę Krajową, która odbyła się w Poznaniu w 1929 roku i przyciągnęła uwagę zachodnich koncernów samochodowych na polski rynek zbytu. 


Kryzys

Biznes szedł na pewno bardzo dobrze, ale... do pewnego momentu. Pierwszym ciosem, który spadł na braci, był wypadek drogowy, do jakiego doszło 15 sierpnia 1928 roku w Kostrzynie. Samochód prowadzony przez Klemensa Waberskiego, na skutek nadmiernej prędkości, utracił przyczepność na szosie, po czym z impetem uderzył o przydrożne drzewo. W wyniku tego zdarzenia zginęła 78-letnia matka Stanisława Waberska oraz szofer z Gniezna, Edmund Frąckowiak, który siedział obok kierowcy. Poważne obrażenia odniósł sam Klemens oraz siostra. 

Wkrótce też wybuchł wielki kryzys, który szczególnie dotknął wciąż raczkujący krajowy rynek samochodowy. Konie mechaniczne dla wielu osób stały się zbędnym luksusem w obliczu konieczności zaciśnięcia pasa, a dodajmy że także paliwo było wówczas o wiele droższe, niż ma to obecnie miejsce.


Salon Braci Waberskich przy ul. Warszawskiej 21 - ujęcie z końca lat 20. i obecnie.

Na domiar złego, Klemens Waberski zachorował na raka i w wieku 44 lat odszedł na tamten świat w kwietniu 1931 roku. Mogłoby się wydawać, że to wszystko powinno się odbić także na firmie Braci Waberskich, ale mimo wszystko jej sytuacja finansowa, przynajmniej z zewnątrz, wyglądała na stabilną. Niestety, tylko do pewnego momentu. Maksymilian Waberski - znany w Gnieźnie działacz endecki, aktywny społecznik i mąż zaufania, nagle zniknął na początku 1935 roku. Wraz z nimi na jaw wypłynęła niezwykła afera związana z... podrabianiem weksli bankowych! 


Wsypa

Sprawa ujrzała światło dzienne dzięki Czesławowi Budnikowi, który został zwolniony kilka tygodni wcześniej z tej firmy. Mimo to notorycznie odwiedzał siedzibę zakładu w celu odzyskania należnej mu jeszcze pensji. W trakcie jednej z tych wizyt, nie zastawszy Maksymiliana Waberskiego, postanowił poczekać na jegomościa do momentu, aż ten wróci z miasta. W pewnym momencie zwrócił uwagę, patrząc z pewnej odległości, że biuralistka Gabriela Miodowiczówna bardzo skrupulatnie pracuje nad jakimś dokumentem. Ta ostatnia, przypuszczając, że nikogo niema w pobliżu, zabrała się do fabrykowania fałszywych weksli, które następnie Waberski, po porównaniu z prawdziwemi odnosił do banku - relacjonowano później cały proceder.

Były pracownik, domyślając się, o co w tym wszystkim chodzi, poinformował dyrekcję Banku Polskiego. Ta zweryfikowała złożone u siebie weksle u rzekomych sygnatariuszy - wszyscy zaprzeczali, by je w ogóle wystawiali Waberskiemu. Powiadomiono od razu organy ścigania, ale kiedy tylko policja przybyła do mieszkania właściciela firmy, mieszczącego się w kamienicy przy ul. Rzeźnickiej 5, jego już tam nie było. Jak się okazało, przestrzeżony przez kogoś, kilka godzin przedtem ulotnił się w niewiadomym kierunku. Maksymilian Waberski przepadł bez śladu - 1 lutego 1935 roku rozesłano za nim list gończy.


Maksymilian Waberski - zdjęcie z listu gończego, zawartego w dodatku do Gazety Śledczej.


Wspólniczki

Dowody winy były ewidentne. Wobec braku głównego oskarżonego, na ławie sądowej zasiadły dwie jego wspólniczki - była księgowa Wiktoria Makowska oraz aktualnie zatrudniona Gabriela Miodowiczówna. Jak się okazało, proceder fałszerstw trwał od 1931 roku i w jego trakcie miano podrobić aż 687 weksli na kwotę łączną przeszło 350 tysięcy złotych. To była ogromna kwota, jednakże Maksymilian Waberski sukcesywnie je spłacał i w momencie ujawnienia procederu pozostało jeszcze 56 tysięcy złotych. Mimo to suma ta nadal była bardzo duża. Za tę kwotę można by było kupić w tym czasie dziesięć dobrej samochodów marki Opel Olympia, albo pięć Citroenów model 11.

Obie oskarżone się przyznały, a proces przeciwko nim odbył się w maju 1935 roku. Jak dalece wspólniczki Waberskiego zaprawiły się w sztuce fałszerskiej, świadczy choćby fakt, że gdy przedłożono im różne weksle, nie zdołały rozróżnić, na których podpisy były prawdziwe a na których sfałszowane. Kobiety opisano jako "narzędzia" wpływowego Waberskiego, które tylko wykonywały jego polecenia. Proces śledziła wypełniona po brzegi publicznością główna sala Sądu Okręgowego przy ul. Franciszkańskiej. 

Obrona robiła co mogła, by umniejszyć rolę kobiet w tym procederze. W trakcie zeznań wyszło na jaw, że firma ma problemy finansowe spowodowane przez zamówienia w rolnictwie, które zachwiały stabilnością zakładu. Miodowiczówna zeznała, że Waberski miał mieć nawet myśli samobójcze, ale zdecydowanie dalej kontynuowano proceder podrabiania weksli. Świadek G. Kawecki stwierdził, że biznesmen żalił mu się ze względu na swoje położenie. Jak jego słowa relacjonowała prasa: Waberski był mocno przygnębiony i świadek odnosił wrażenie, że zamierza pozbawić się życia. Pytany o przyczyny złego stanu interesów Waberskiego świadek wyraża przypuszczenie, że Waberski zbytnio oddawał się sprawom społecznym, wskutek czego zaniedbał swoich własnych. Pozatem - jak wynikało to ze słów Waberskiego - zarwało go rolnictwo, nie wywiązujące się ze swych zobowiązań. Ostatecznie sąd stanął po stronie przepisów prawa - za podrabianie dokumentów bankowych obie kobiety zostały skazane - Makowska otrzymała 2 lata więzienia, a Miodowiczówa na 1,5 roku więzienia - obie w zawieszeniu na cztery lata.


Koniec legendy

Maksymilian Waberski ukrywał się dość długo. Pojawiały się w prasie plotki, że widziano go w Warszawie, a innym razem w Katowicach. W międzyczasie jego kamienica przy ul. Rzeźnickiej 5 została sprzedana w celu pokrycia należnych zobowiązań. Firma Braci Waberskich w zasadzie przestała istnieć. 

Na początku sierpnia 1935 roku gruchnęła wieść, że Waberskiego zatrzymano w Warszawie, gdzie miał rzekomo ukrywać się u braci. Kilka dni później został przewieziony do Gniezna i trafił od razu do aresztu śledczego. Ukrywanie się, potem zatrzymanie, a następnie śledztwo, przesłuchania i pobyt za kratami odcisnął na nim piętno.


Kamienica przy ul. Rzeźnickiej 5. To tu na przełomie lat 20. i 30. lat znajdował się salon samochodowy Braci Waberskich. Po lewej, pośrodku zdjęcia, stoi prawdopodobnie Klemens Waberski.

Kiedy w październiku 1935 roku 53-letni biznesmen zasiadł na ławie oskarżonych, był już cieniem samego siebie - jak to to pisywała prasa. Zeznawał, że księgowe nie są winne fałszerstw, a jedynie podsunęły mu taki pomysł. Zapewniał, że gdyby nie wykryto procederu, to zdołałby spłacić wszystkie weksle dzięki pomocy pozostałych braci. Pytany przez przewodniczącego jakie przyczyny skłoniły go do chwytania się takich środków, odpowiedział, że przyczyn tych było kilka. Pierwszą z nich, to wypadek samochodowy brata, wskutek którego stracił 10.000 zł na samochodzie i drugie tyle na koszta pogrzebu tragicznie zmarłej matki i przewlekłe leczenie brata. Drugą przyczyną były straty, poniesione na klientach, których weksle zmuszony był wykupywać, ażeby nie narazić się na utratę kredytu. Dalej jednak szczerze przyznał, że pierwszych fałszerstw dopuścił się już w 1927 roku, ale te sytuacje były sporadyczne i weksle szybko spłacał. 


Bez śladu

Po zamknięciu przewodu sądowego, prokurator Zajączkowski stwierdził iż Maksymilianem Waberskim kierowały tylko chęci korzyści materialnych. Zażądał 5 lat więzienia, 5 tys. złotych grzywny i utratę praw obywatelskich na 10 lat. Obrońca mec. dr Pietrowicz stwierdził iż tak naprawdę nikt nie poniósł żadnej straty finansowej, gdyż wszystkie weksle miały pokrycie i planowano uregulować. Wniósł przy tym o jak najniższy wymiar kary. Oskarżony w ostatnim słowie powiedział jedynie: Straciłem cały majątek, mam żonę i troje dzieci - proszę o łagodny wymiar kary. Usłyszał wyrok 2,5 roku więzienia oraz został pozbawiony praw obywatelskich na 5 lat. Tę ostatnią karę zdjął z niego Sąd Apelacyjny w Poznaniu, który dodatkowo skrócił mu odsiadkę do 2 lat. Więzienie opuścił rok później, po uzyskaniu przedterminowego zwolnienia. 

Po firmie Braci Waberskich w Gnieźnie nie ma już śladu. W budynku firmy przy ul. Warszawskiej 21 znajdują się mieszkania, a kamienica przy ul. Rzeźnickiej 5 została w późniejszych latach gruntownie przebudowana i powiększona.

Maksymilian Waberski nie powrócił do interesu samochodowego. Po 1945 roku przez jakiś czas pracował jako referent aprowizacji i handlu w Skwierzynie w województwie lubuskim. Zmarł w grudniu 1975 roku w Pobiedziskach. 

6 komentarzy

  • Link do komentarza Gnieznianin piątek, 21 lutego 2020 00:45 napisane przez Gnieznianin

    Dobrze się to czyta , więcej takich artykułów .

  • Link do komentarza Solaris środa, 19 lutego 2020 18:06 napisane przez Solaris

    Jest takie powiedzienie...
    Polak potrafi.....
    A może powinno być.....
    Gnieznianin potrafi...

  • Link do komentarza Tosia sobota, 15 lutego 2020 11:23 napisane przez Tosia

    Świetny artykuł to nasza historia prosimy częściej o takie artykuły pozdrawiam

  • Link do komentarza Jarosław Mikołajczyk czwartek, 13 lutego 2020 21:27 napisane przez Jarosław Mikołajczyk

    Brawo Rafale :)
    To bardzo dobra robota. Przydała mi sie dziś.

  • Link do komentarza czytelnik czwartek, 13 lutego 2020 00:51 napisane przez czytelnik

    Gniezno to jednak było ciekawe miasto. Czy i o naszych czasach będą kiedyś pisali następcy gnieźnieńskich regionalistów?

  • Link do komentarza p.Boguś środa, 12 lutego 2020 13:28 napisane przez p.Boguś

    Dziękuję p. Rafale za powyższy artykuł. Żadnym z dotychczasowych Pańskich opracowań się nie zawiodłem. Obcowałem z przyjemnością ♥️

Skomentuj

W związku z dbałością o poziom komentarzy, prowadzona jest ich moderacja. Wpisy wulgarne, obsceniczne czy obrażające innych komentatorów i naruszające podstawowe zasady netykiety (np. pisane CAPS LOCKIEM), nie będą publikowane. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Ponadto prosimy nie umieszczać wklejonych obszernych tekstów, pochodzących z innych stron, do których to treści komentujący nie posiadają praw autorskich. Ponadto nie są dopuszczane komentarze zawierające linki do serwisów, prowadzonych przez wydawców innych lokalnych portali.

Ostatnio dodane