wtorek, 11 września 2018 18:02

Coś do glugnięcia

  Maria Ciążyńska
Coś do glugnięcia archiwum autorki

Za dziecioka miałam ulubione picie: kawe, piwo i wino. Ady cicho! Nie brynczeć, że jezdem jakiś gazmajster. Nic z tych rzeczy. Zaro objaśnie.

Kawe kupowało sie wew papierzany paczuszce z nagrygolonym Turasem, co siedzi po turecku, na glacy mo te jeich mycke i zez napisem”TUREK”. Paczuszki nie były wielgolachne, wiync czynsto lotałam babusi po sprawunki. Kawa była zbożowo do parzynia. Na angielce stojał blaszany dzbanek i gotowała sie wew nim kawa. Pilim ją do śniadania i po obiedzie. Można było zez mlykiym i cukrym abo czornom słodzónom. Zapach był lepszy niż prawdziwy kawy od Turasów! Nigdy mi sie tyn napitek nie znudził. Najlepi było, jak wsodało sie na hele zez kuniem i wiezło kanki zez kawom na pole do żniwiorzów.

Mrzywom nie byłam, ale mlyka nienawidziłam i moja famuła stojała nade mnom, żebym piła, bo mi kielochy nie urosnom. Wiukałam, jak trafiały mi sie fafoły. Zaś wpadli na pomysł, żeby te mlyko jeść zez rozbeblanom bułom. Dopiyro, jak żym dorosła, to se powiedziałam, że mnie nikt nie zmusi do ty mgły smaki!

Drugie picie to piwo. Latym wew żniwa babusia nastawioła na angielce gor i gotowała podpiwek, choć godali, że to piwo. Jak ostygło, czekałam już zez lejkiem i flaszkami z patyntym. Zaś potym wynosilim flachy do schłodzynia do sklepu/piwnica/pod chatom. Te piwo tak sie burzyło i robiło gaz, że czasym strzylało jak za Niymca. Ale procyntów nie miało. Piłam, bo było słodziuchne i miało pół musztardowy piany. Żniwiorze sie chłodzili, na polu naharali sie jak diaski przy snopowiązałkach!

Co do wina, to babusia nigdy nie dała mi na spróbe, choć robiła zez świyntojanków. Kobiycko było poćciwe i ni mogło gorszyć gzuba, óni tyż nie nadużywali. Wina moji produkcji nie zdążyłam wypić, bo mi zamkli fabrykę. Nieroz łaziłam zez łogarami na łąke paść krowy i tam sie dowiedziałam, że z modroków, co ich pełno naobkoło, można robić wino. No to se pore urwałam, nazorgowałam flaszke, gichłam wody, wsypałam płatki. Jery! Jak któryś wuja kiknoł, zawołoł i pytoł, co jezd lołs. Jo odważnie, że robie wino. W te pyndy musiałam mojom fabrykę zlikwidować.

Potym wew mieście najchętniej bym ino piła orężade. Sprzedawali żółtom abo różowom we flaszkach z patyntym.

Moi rodzice nie byli napitkowi przychylni i nie mogłam se dogadzać. Czasym u ciotki na wakacjach w taki mały pipidówie wolno było mi lecieć do kolonialki i kupić orężade wew proszku. Piniła sie na jynzyku jak u wściekłygo kejtra, ale smaka była fest.

Wew chacie to ino kómpot i kómpot! Niby że zdrowy i tani. Ale co jo musiałam sie nazrywać angrystu abo świyntojanków! Nie dość, że sie siedziało wew żgajokach, plechy garbaciały, nie przybywało w koszatce tych małych boblów, to jeszczy pojeść nie szło, bo dryntki tyn owoc jak diaski! No i te obiyranie!

Tak se dziś myśle, że ekologia lepiej wtedy stojała: kómpot sie wypiło, gynste sie spucło, gornek umyło i żodnych kartoników do wywolanio na gymele! Szak nie?

Skomentuj

W związku z dbałością o poziom komentarzy, prowadzona jest ich moderacja. Wpisy wulgarne, obsceniczne czy obrażające innych komentatorów i naruszające podstawowe zasady netykiety (np. pisane CAPS LOCKIEM), nie będą publikowane. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Ponadto prosimy nie umieszczać wklejonych obszernych tekstów, pochodzących z innych stron, do których to treści komentujący nie posiadają praw autorskich. Ponadto nie są dopuszczane komentarze zawierające linki do serwisów, prowadzonych przez wydawców innych lokalnych portali.

Ostatnio dodane